Cieszę się z tych wolnych dni, mimo że nie wszystko wyszło tak jak sobie układałam, mimo że trzeba było codziennie zmieniać plany, mimo że (mimo chęci i marzeń) nigdzie nie uda się popodróżować. Ale za to mogę się naobserwować żaby mojej gadatliwej. Mam wrażenie, że każdy dzień ją ubogaca i wnosi coś nowego do jej zachowania, słownictwa, przeżywania. Potrzebuje bardzo dużo uwagi i zaangażowania. Wystarczy, że dłużej się nie odzywam, nie reaguję na jej monolog, nie obserwuję - "mama oć tu" i ciągnie za rękę. Mogę się nacieszyć ciepłymi dniami, ukwieconymi drzewami, tym, że mogę się z małą gonić po trawie, a ta ze śmiechem aż podskakuje i ciągle nie ma dość...
Hitem zabawowym jest kuchenka z pikającym piekarnikiem, który jest otwierany i zamykany milion razy dziennie. Z przejęciem wkłada tam wszystko, co się nada - jedzenie, które dostaje, rybki prezenty od pana dentysty, drewnianego psa (jest światowo, kuchnia chińska na życzenie), potem energicznie dmucha z sił całych i wreszcie częstuje "ofiary" :) Ha, cieszę się, że mój pomysł się sprawdził.
Przebywanie na działce - 3/4 dnia, w ogóle nie chce wracać, posiłki już też się przeniosły na zewnątrz, jest przecież zawsze tyle do zrobienia, że nie można tracić ani chwili na siedzenie w domu... Podlewanie kwiatów - może to robić dłuuuugo, niezliczona ilość napełnianych konewek. I to się może dla tych kwiatów źle skończyć...
W miarę możliwości nie zakładam pieluchy. O noc jestem spokojna (no chyba że tuż przed zaśnięciem pije), na wyjścia poza domem się nie odważyłam. Sama raczej nie zawoła, trzeba mieć to pod kontrolą, wciąż wypytując. Dziś nie użyłysmy w ogóle pampersa - 1 wpadka mała, 1 większa (nie mam na myśli kupy!), z 5 sukcesów nocnikowych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz