sobota, 12 października 2013

Podsumowanie pochorobowe

Mam nadzieję, że chorowanie już za nami, przynajmniej na jakiś dłuższy czas. Wczoraj byliśmy u lekarza na kontroli, osłuchowo  w porządku, co prawda po wyjściu Tosia zaczęła narzekać na ból głowy i brzucha i zwymiotowała (po raz drugi w swym krótkim życiu), potem mnie też chwyciło i wieczór, delikatnie mówiąc, nie należał do najprzyjemniejszych.

Filip pełzakuje całkiem sprawnie, najszybciej do gazet i moich kapci, aaa, z przyjemnością też zaczepia kwiat stojący przy oknie. Aaaa, okno to także obiekt godny zainteresowania - podpełznąć i obserwować, jak szczeka Porto.

Tosia jak to Tosia, miewa swoje humory, nie za bardzo chce opowiadać, co się zdarzyło w przedszkolu i właściwie lepiej jej nawet o to nie wypytywać ("przecież jem telaz, nie moge mówić", "psecitaj na tablicy", "jusz nie pamiętam", "nie wiem" - takie zwykle odpowiedzi padają). Więcej można dowiedzieć się w międzyczasie, kiedy mimochodem mówi: "dziś igol mial lodziny i były cielki". Jakie? "cekoladkowe". Wiele też widać w zabawie - Filipa ciągle chce ustawiać z kimś w parze albo w kółku, w ogóle wszystko łączy w pary - buty, zabawki, literki, kredki albo wymienia przedszkolne imiona.
- Co lobicie kochani? - to pytanie skierowała do nas kiedy siedzieliśmy na kanapie.

Z zasłyszanych kiedyś niedawno:
Zakładam soczewki:
- Tak zawsze musiś?
- Tak. Chyba że zrobię sobe operację oczu, ale ona jest droga.
- To ja ci dam. Z mojej kasy. Mam tyle.

Filip guga, gaworzy:
- Diadiagatata
- Hilip, taty nie ma przecieś, w placy jest.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz