Ciepłe dni, ogrom owoców, świeżych warzyw, jasno do późna, podlewanie, kwiaty, jedzenie na tarasie, ale ja myślami jestem już w kolejnym miesiącu. Bo czekają nas zmiany. I to takie, które będą dalekoidące w skutkach. Dla Tosi rozpoczyna się zerówka, przedsmak szkoły. Już. Długo wahałam się, czy zostawić ją w grupie, z którą spędziła dwa lata (no, półtora tak dla ścisłości), z paniami, które zna, ale które nie za bardzo chcą uczestniczyć w jej chorobie, w miejscu, które jest przestrzenne, duże, świetnie wyposażone, ale które nie do końca wychodzi naprzeciw naszym cukrzycowym zmaganiom. No i jednak wybieramy zmianę - zerówkę w Przyłękach przy szkole, która warunki lokalowe dalekie ma od ideału, ale jest blisko, mała grupa, no i może będzie nam lepiej.... Póki co Tosia nie może się doczekać, cieszy się, bawi się w szkołę.
Filip jest rozbrajający
- Mama, ja luję (koloruję). Wig (dźwig).
- To wóż strażacki.
- Co ty. Co ty gadas, to wig.
- O, ęzyc.
- Tak, w kształcie rogalika.
- Nie. To nie jest galik. To ęzyc.
- Filip, powiesz, jak będziesz chciał kupę?
- Nieee. Ne ne ne. Nie powiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz