Spędziłyśmy dziś sobotę same, calutki dzień. Padam :) Zakupy, obiad, pranie, codzienność, rutyna, ale chyba wypadłam z rytmu, bo inaczej wyglądają te dni "normalnie" - praca, przygotowywanie jedzenia tylko dla Tosi.
Rano - nocnik, ubieranie, kaszka manna z malinami (przeszła, święto), gzub na plecy i w drogę. Zaliczyłyśmy rynek, zakup czapki, warzyw, pieluch... Próba przygotowania obiadu - Tosia wrzuca ziemniaki w różne nieprzewidziane miejsca, gazety wszędzie, ma ochotę grać w piłkę, stuka szafkami, zainteresował ją ryż w napoczętej paczce, zachciało jej się kupę, zobaczyła kota i musi go pogłaskać...Nie pamiętam już, ile rzeczy wyjmowałam jej z rąk (chochla, łapka na muchy, fasola, szczotka, buty, krem, nocnik, trawa, konewka, płyty, kamienie, pilot, komórka), ile razy zamykałam szafki, ile razy wolałam, żeby mieć ją na oku. Pod koniec dnia miałam poczucie, że nie ogarniam... Jednego tylko rocznego dziecka i zwykłych codziennych obowiązków...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz