Dziś mija dokładnie rok odkąd wróciłam do pracy, zostawiając Tosię pod opieką babć, dziadków, taty, tudzież cioci (tyle osób miało okazję zostać z nią oko w oko :)). Nie było łatwo... Pamiętam dużo wcześniejsze wstawanie, żeby ze wszystkim zdążyć - po pierwsze laktator i ściąganie mleka (oby tylko chociaż te 120 ml uzbierać), potem gotowanie minimum 3 różnych posiłków, w tym nierzadko 2 obiady, bo a nuż jeden nie zasmakuje, ale zaciekle chciałam ją uchronić od gotowych słoiczków. Nerwowe siedzenie w pracy, biegi na autobus... Potem się okazywało, że mozolnie ściągnięte mleko pozostawało nietknięte - butelka nie przypadła do gustu wcale. Już nie pamiętam, jak długo się łudziłam i uspokajałam swoje sumienie ściągając to mleko rano, a wieczorem wylewając... Z 2 miesiące? Teraz jest szybciej i prościej - Tosia wędruje na Bohaterów, do codziennej torby pakuję coraz mniej - jedna pielucha, papcie, kubek. Obiady je wspólne, na nocnik siada, podobno nie sprawia większych problemów :)
Czasem się zastanawiam, czy dobrze zrobiłam, wracając do pracy... I w sumie nie wiem - jakbym się czuła, będąc ciągle w domu. Brakuje mi czasu dla nas, wolnych dni, smutno strasznie, kiedy czasem widzę, jak płacze, a ja muszę jechać, ale z drugiej strony - te powroty są niewymownie radosne :) Nikt tak się nie cieszy na mój powrót. Jak tak biegnie radośnie, rzuca się na szyję, to tak mnie ściska w środku... To jest coś, co w pewien sposób wynagradza ten czas poza domem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz