Myśl o odstawieniu Tośki od piersi pojawiła się już dawno... Ale jakoś zawsze brakowało motywacji, silnej woli, zawsze się wydawało, że jeszcze jest czas, że to daje jej tyle dobrego. Latem? Nie, bo często się chce pić, więc lepiej jak pierś zawsze blisko. Jesienią, zimą? Nie, bo odporność, chronią ją przeciwciała. Nigdy nie będzie odpowiedniego momentu. Ale nadszedł teraz taki czas, kiedy to odstawienie coraz bardziej chciałabym już jednak zrealizować. Problem w tym, że okazuje się to zadaniem arcytrudnym. Traumatycznym wręcz. Próbuję jej tłumaczyć, że cycusie chore, że nie ma już mleczka, że duże dzieci już nie piją mleczka od mamy. Trzyma pierś w buzi i kiwa głową na nie, czym strasznie mnie rozczula... Dziś rano po raz kolejny mówiłam, że już nie będzie piła. Tosia na to przeciągłym taaaaak. Co wcale nie znaczyło, że się ze mną zgadza, ale że obstaje przy swoim. Wiem, że zasypianie jest ciężkie, więc noc na razie i tak odpuszczam, ale chciałam ograniczyć chociaż w dzień. Wczoraj przy odmowie skończyło się na takiej histerii, padaniu na podłogę, że aż jej nie poznawałam. Skończyło się na tym, że ustąpiłam. Do niczego to nie prowadzi, a ja się frustruję, że sobie nie mogę poradzić z tym tematem. Nie przypuszczałam, że będzie aż tak ciężko. Co nie znaczy, że żałuję tak długiego karmienia. Zrobiłabym to samo, bo i tak minusy nie przesłaniają plusów :) Ale niech już zrozumie ten ssak, że tyle już wystarczy....
A tu tak wspomnieniowo...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz