czwartek, 4 października 2012
Dwie krechy
Nie za fajnie dziś było. Nie dość, że wiele drobnych rzeczy mnie wkurzało, rozmowa z mężem też, podminowanie, hormony... to Tosia dołożyła swoją cegiełkę. Już pomijam kilkukrotne wbieganie w butach do domu i zostawianie piaszczystych śladów, pomijam rozsypywanie ziemi na tarasie i nawet wypluwanie obiadu. Dobiła mnie, kiedy maznęła zielonym pisakiem dwie krechy na ścianie w salonie, w maju malowanym przecież. Popłakałam się z bezsilności. Byłam strasznie zła, krzyczałam i płakałam. Tosia? Chyba się przejęła moją miną, zaczęła obejmować, powtarzać "ja opka" (wiem, potrzebowała przytulenia, a ja nie mogłam się na to zdobyć), "tata cici" (tata umyje). Porażka. Oprócz tego, że jestem zła na nią, mogę też być zła na samą siebie.
A na dobitkę - ryk przy myciu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz