Szaleńczy poranek. Mimo że do pracy na popołudniu, miałam chęć zaspokojenia kulinarnych ambicji z cukinią w roli głównej. Udało mi się zrobić ciasto, Tosia asystowała przy miksowaniu, potem dostąpiła zaszczytu zamknięcia piekarnika; a także sałatkę - pomidorolub zjadł sporą jej część, jednocześnie bawiąc się w piaskownicy. W międzyczasie odbyło się m.in. ścielenie łóżka, ubieranie, przebieranie, 10-krotne sadzanie na nocniku, pakowanie, wieszanie prania, ogarnianie tego, co się podziało po drodze :) A potem bieg wózkowy na przystanek z wrzeszczącą Tosią, która zdecydowanie miała ochotę na używanie nóg, a nie pupy.
Rozstania znowu przykre... Wiem, że ten płacz potrwa chwilę i za zakrętem już zobaczy coś ciekawego, co pozwoli zapomnieć, ale rozdzierający jest ten krzyk... a ja wsiadam do busa.
Dziś spotkanie z angielską kuzynką Emmą, 3-latką. Więcej za bardzo nie mogę napisać, bo mnie przy tym nie było, ale są zdjęcia, na których fajnie wyglądają. No i są kreacje prosto z Londynu :) Dla małej damy (aktualnie przeżywającej fascynację wszelkiego rodzaju koralami, które maniakalnie zarzuca sobie na szyję, jedne to zwykle za mało) to niezły rarytas :) Oby tylko zdążyła jeszcze je ubrać, bo lato mamy na półmetku już.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz