Wczoraj było ciężko... Może przez zmieniającą się pogodę, może przez moje niskie ciśnienie, może przez duchotę, może, może, nie wiem, ale kilka razy miałam ochotę poprostu wyjść. Tosia pokazywała, jak bardzo potrafi się wyzłośliwiać i wrzeszczała zasypiającemu Filipowi prosto do ucha, do tego stopnia, że się przestraszył i rozpłakał. O bieganiu boso, ściąganiu trzeciej pary skarpetek, szorowaniu kocykiem po podłodze czy innych tego typu "drobiazgach" nie wspomnę...
Ale byłabym niesprawidliwa, gdybym nie wspomniała o jednoczesnym czytaniu książek Filipowi, mówieniu do niego "co dzidziusiu", o zabawach, np. w "kołę" chyba - bo wynikało z tego, że Tosia jest "uczycielką"
Wieszanie karniszy dziś (co chwilę: - Podać coś? Co lobis?):
R: Powiedz mi, czy tu jest równo?
M: Jak mogę ci powiedzieć tak na oko?
T: Ja mam taką książkę na oko :)
Chodziło zapewne o "Mam oko na litery/liczby" :)
Godzina 19.30, założone sandały i "plusik": Jadę do baby Zosi i do Juli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz