Jak na razie frekfencja w przedszkolu całkiem niezła - dwa dni tylko opuszczone. Ale niestety pociąganie nosem trwa i trwa. No i powroty po weekendzie nie są przyjemne. Jak dobrze, że odprowadzanie nie należy do mnie, nie muszę wychodzić z tym płaczem w uszach i poczuciem zostawiania dziecka w jaskini lwa. Chociaż... i tak przed wyjściem z domu jest zazwyczaj: ja nie chce do klola. Odbieranie jest znacznie przyjemniejsze - Tosia biegnie w podskokach, opowiada, jak było, radocha, że do domu.
Od dwóch dni jest przedszkolną królową obiadu - zostawia puste talerze. Ulubiona kalafiorowa działa :)
Filip przeżywa wrześniowe tournee po lekarzach, szpitalach i dentystach, jakoś tak się nałożyło z wędzidełkiem, naczyniakiem. Dziś na szczęście dobre wieścii tego się trzymajmy - naczyniaka wycinać jeszcze nie trzeba, nic to onkologicznego nie jest, możemy spać spokojnie i nie trzeba myśleć o szpitalu.
Od dwóch dni Fifik porusza się bardziej :) Co oznacza, że pupa idzie w górę, kolanka pod siebie, łokieć przed siebie i wychodzi taki pełzorak :)
Tosia nam wczoraj otworzyła buzie ze zdziwienia, wzbudziła podziw. Okazało się, że czytanie "Zuź" nie idzie "w powietrze" - ona zapamiętuje teksty! Wczoraj Rafał zaczął jej czytać "Zuzia jedzie na wieś", a mała mądrala zaczęła kończyć zdania, i to takimi słowami, które raczej nie są w codziennym użyciu: skopelek, furmanka, dojarka, wymiona, szlam. Szok :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz