No i kolejny weekend u baby i dziadzi Lonka i u Kini (co ma urodziny), odwiedziny Juli i żabki. Może trochę przesadzamy z tą częstotliwością?... No ale teraz i tak musielismy jechać - lekarz, a przede wszystkim mieliśmy tort dla Kini, robiony wspólnie (oczywiście najlepsze jest wylizywanie miski), nic to, że nam nie wyszedł. Czapeczki, koniecznie czapeczki muszą być!!
Filip obchodził skromny jubileusz drugiego miesiąca. Dzień niestety nie należał wtedy do najszczęśliwszych - pełen płaczu nieutulonego, kiedy to nie wiadomo, o co chodzi i jak pomóc. Zdarza się i tak. Nie lubi kąpieli, przepada za jazdą samochodem - od razu zasypia. Uśmiecha się coraz częściej i cudownie guga, reaguje za zagadywanie.
Za Tosią pierwsze zajęcia z rytmiki w Modraczku. Szkoda, że nie mogłam z nią być. Z relacji taty: po kilku minutach musiał wrócić do sali, bo przestraszyła się pianina, siedzieli tak razem 15 min., po czym Tosia wstała i dołączyła do pięciolatek (!), śpiewała swoje wersje piosenek, grała i tańczyła wedle poleceń :)
- Ja piękna siota.
I rzeczywiście, "bjata" obcałowuje, głaszcze i przytula.
- Co mluchu? O, małe rączki ty mas. Mas tu pluche. O, mjećko ma.
I wyciera mu buzię tetrą :)
W drodze do Solca:
- A ta djoga jak ma na ime?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz