Histerie... zdarzają się, a jakże. Dziś np. była taka z powodu upadku loda :) Nie dyskutuję w trakcie, nie argumentuję, nie wściekam się nawet - przeczekuję. Nie stać mnie na przytulanie w trakcie, grozi to wywijaniem się i jeszcze większym szlochem. Może źle robię, ale po kilku minutach następuje zwrot akcji z drugiej strony, np. "ooooopka". Wtedy wiem, że już tego przytulenia potrzeba, przytulam, ocieram łzy, jakoś wszystko przechodzi powoli - moja złość wewnętrzna, jej żal. Dziś kiedy tak siedziała w kuchni, ja w pokoju, usłyszałam przez łzy: "co tak długo ja tu sama!!". Przybiegła, dała się w końcu przytulić, ukoić, przynieść poduszkę i kocyk, i bułkę z masłem :)
Fifi oficjalnie zaczyna przygodę z nowymi smakami. Już? Dopiero? Miałam czekać jeszcze trochę, ale szkoda uciekającego lata i tych wspaniałości, które ze sobą niesie. Poza tym widać, że chłopak ślini się strasznie widząc jedzenie, aż głupio tak przy nim jeść, nie dzieląc się. Nie siedzi jeszcze co prawda, ale jakoś z tym damy radę. Na początek poszło ugotowane jabłuszko działkowe. Po minie i oblizywaniu mniemam, że smakowało :) Kto podawał pierwszy posiłek? Taaak, tak, siota :) "Makuje?" - zapytywała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz