sobota, 14 maja 2011
Zastrzyk? Phi tam...
Przedwczoraj byłyśmy na szczepieniu. Z drżeniem serca przekraczałam próg przychodni, w pamięci mając ten przeraźliwy krzyk z poprzedniej wizyty, którego nie dało się tak szybko ukoić. Już na wadze Tosia zademonstrowała przerażony wzrok...A dalej miało być tylko gorzej... Waga, delikatnie mówiąc piórkowa, zaledwie 9,4 kg! Jak zawsze - kruszyna, wróbelek. Ale usłyszałam, że nie należy się tym przejmować, że taka jej uroda, że jest drobna i filigranowa, a wygląda na zdrową. Ufff... Nie wiem, czy to sprytna pani pielęgniarka, która zagadała o kominiarzu i drabinie, czy nowe pomieszczenie, czy jakieś inne emocje, ale Tosia nawet nie pisnęła przy zastrzyku! Chyba nawet nie wiedziała, że była jakaś igła. Z szoku wyjść nie mogłam przez następne pół dnia. Moja dzielna dziewczyna.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz